Łowcy na szlaku – zamek w Krasiczynie

Jak może niektórzy z was pamiętają, ubiegłoroczne wakacje spędziliśmy w okolicach Przemyśla. Nie wiem jak to się stało, ale nie było dotąd wpisu o największej niespodziance tamtego wyjazdu – zamku w Krasiczynie! Pozwolicie zatem, że nadrobimy zaległości ^^’

Zamek w Krasiczynie, XVI-XVII w.

Nazwa obiektu pochodzi od nazwiska inicjatora budowy zamku – Stanisława Krasickiegokasztelana przemyskiego, który zaczął wznosić go w końcu  XVI wieku. Jego obecny wygląd, mniej już surowy, jest dziełem Marcina Krasickiego, ważnego mecenasa sztuki, który zajął się jego rozbudową w pierwszej połowie XVII w. Zamek wzniesiony został na planie czworoboku, w narożach znajdują się cztery baszty – Boska, Papieska, Królewska i Szlachecka. Południowa i zachodnia strona zamku to mury kurtynowe zwieńczonymi attyką, północna i wschodnia to część mieszkalna. W skrzydle zachodnim znajduje się dawne wejście główne i  wieża Zegarową (szkoda, że nie zachowało swojej funkcji do dziś, wejść do zamku przez most, to było by coś). Wnętrze dziedzińca otaczają krużganki. 

Zamek w Krasiczynie – plan.

Dziedziniec.

Baszta Boska.

Baszta Szlachecka.

Zamek w Krasiczynie

Niestety zamek nie może pochwalić się równie wspaniałymi wnętrzami – zwyczajnie ich nie ma. O ile budowla dzielnie zniosła różnorakie przeciwności losu spowodowane procesem toczenia się Historii, to skapitulowała pod naporem żołnierzy rosyjskich, którzy rozgościli się w zamku w czasie najazdów w XVIII w. oraz na początku II wojny światowej. Właścicielem Krasiczyna w czasie wojny był  książę Leon Sapieha. Sapiehowie przewidująco opracowali plan ewakuacji swojego majątku, jednak wobec błyskawicznego rozwoju wydarzeń zmuszeni byli zostawić zdecydowaną większość rzeczy na miejscu. Zachował się jedynie, zamurowany w naprędce, gabinet. Zrekonstruowano kaplicę zamkową znajdującą się w baszcie Boskiej (jakkolwiek niektóre detale budzą zdumienie, mamy nadzieję, że mają na to źródła ikonograficzne ^^’). Zwiedzać można także kryptę rodową, która także została odnowiona współcześnie (żołnierze nie oszczędzili nawet jej)

Kaplica w baszcie Boskiej.

Kaplica w baszcie Boskiej.

To co w sporej mierze wpływa na klasę zamku to jego detal – rzeźbione portale, loggie, arkady i dekoracja wykonana techniką sgrafitto. Technika ta polega na naniesieniu na siebie warstw barwionego tynku i wydrapanie w warstwie wierzchniej wzoru, który  odkrywa warstwę spodnią. Krasiczyńskie sgrafitta są unikalne – pokrywały powierzchnię ok. 7000 m2 (odtworzono ok. połowę z nich). Dekoracje owe przedstawiają sceny biblijne i myśliwskie oraz medaliony z popiersiami cesarzy i wizerunki polskich królów.

Dekoracja ścienna Zamku w Krasiczynie (sgraffito)

Sgraffito.

Sgraffito, Zamek w Krasiczynie

Sgraffito (lambada! ^^’).

Zamek otacza zespół parkowy z kolekcją roślin, których sadzonki przywozili Sapiehowie ze swoich  licznych podróży. Znajdują się tu także drzewa posadzone na pamiątkę narodzin dzieci – lipa dla córki, dąb dla syna. (Jeśli znajdziecie miłorząb, obejdźcie o kilka razy dookoła myśląc życzenie. Ponoć się sprawdzają ^^)

Widok na Basztę Szlachecką, Zamek w Krasiczynie

Zamek w Krasiczynie naprawdę nas zaskoczył. Siedząc na dziedzińcu pod błękitnym, bezchmurnym niebem poczuliśmy się przez chwilę jak w Italii. A to wszak perełka naszej, polskiej, architektury. Mieliśmy też szczęście trafić na dobrego przewodnika, który opowiadał z  przejęciem o losach zamku. Trwają starania, aby sprowadzić w jego mury te nieliczne zachowane obiekty.

Fragment Baszty Królewskiej, Zamek w Krasiczynie

k.

Reklamy

Łowcy Sosrębów w podróży: Przemyśl i okolice – relacji ciąg dalszy

Wpis ten stanowi kontynuację sprawozdania z podróży na południowy-wschód Polski, który odbyłyśmy w połowie sierpnia. Pierwsze trzy dni pobytu opisane są tutaj. Tych, którzy trafili tu z przypadku, gorąco zachęcam do zapoznania się z pierwszą częścią wpisu. Tyle tytułem wstępu, zapraszam do lektury 🙂

Dzień 4.

Pobyt Łowców Sosrębów w Przemyślu dobiegał półmetka. Pogoda z każdym dniem stawała się coraz ładniejsza, korzystnie wpływając na nasze samopoczucie. Tego dnia zaplanowałyśmy zwiedzanie zamku w Łańcucie.

Podróż do Łańcuta pociągiem z Przemyśla zajmuje około półtorej godziny. Od dworca do łańcuckiego zamku jest kawałek drogi, jednak jest to przyjemna trasa z interesującą zabudową.  Przy ul. Grunwaldzkiej natykamy się na willę z 1901 r. wybudowaną przez Stanisława Cetnarskiego. Zgodnie z przedwojennym zwyczajem opatrzona została indywidualną nazwą, mającą podkreślić charakter tego miejsce, a także stanowić pewnego rodzaju zaklęcie, czy też dobrą wróżbę dla jej mieszkańców – Zacisze. Zwyczaj ten rozpowszechnił się pod koniec XIX w. i był praktykowany aż do wybuchu II wojny światowej. Nazwy były eksponowane w widocznych miejscach na fasadzie oraz często zestawiane z datą powstania. Najliczniejszą grupę stanowiły nazwy pochodzące od imion właścicieli (głównie żeńskich), ale zdarzały się także nawiązania do fauny i flory lub postaci mitologicznych. Wiele zależało od kreatywności mieszkańców. Z przykładami nadawania rezydencjom imion możemy zetknąć się zwłaszcza w nadbałtyckich kurortach (Międzyzdroje, Sopot, Krynica Morska), w uzdrowiskach (Nałęczów, Rabka-Zdrój, Szczawnica), a także w dawnych miejscowościach letniskowych pod Warszawą (Konstancin, Milanówek, Otwock). Praktyka ta miała uzasadnienie w trochę innym niż obecnie pojmowaniem domostwa i przypisywania mu znaczenia. Dawniej posiadłość traktowana była bardziej w kategoriach ogniska domowego, a pomiędzy nią a mieszkańcami wytwarzała się silna, emocjonalna więź (więcej na ten temat można poczytać w „Spotkaniach z zabytkami”, w marcowo-kwietniowym numerze z tego roku).

Willa „Zacisze” z 1901 r., Łańcut

A teraz parę słów o samym zamku 🙂

Zamek w Łańcucie został wybudowany na wzniesieniu zwanym Łysą Górą. Teren ten wraz z przyległymi włościami Kazimierz Wielki nadał w 1349 r. wojewodzie sandomierskiemu Ottonowi Pileckiemu. Wzniósł on niewielki zameczek obronny otoczony fosami i wałami. W 2 poł. XVI wieku na południe od wspomnianego zamku postawiono wieżę strażniczą, która de facto stała się zalążkiem rozbudowy zwiastującej powstanie nowego zamku stojącego po dziś dzień. Ostatni z rodu Pileckich, Krzysztof zapisał dobra łańcuckie swojej żonie Annie Sienieńskiej, ta jednak w wyniku długów zmuszona była oddać je w ręce Stanisława Stadnickiego zwanego przez wzgląd na swoje awanturnicze usposobienie „Diabłem”. Na początku XVII wieku wieża strażnicza została rozbudowana do dworu obronnego, a zamek spalony w wyniku międzysąsiedzkich zatargów przez starostę leżajskiego, Łukasza Opalińskiego. Synowie Stadnickiego nie podjęli się trudu odbudowy starego zamku, zbudowali za to nową warownię, która została przyłączona do dworu. Całemu założeniu nadano kształt podkowy. Stadniccy byli panami na zamku do 1629r., kiedy to przeszedł on we własność Stanisława Lubomirskiego, wojewody ruskiego i krakowskiego. Lubomirski zainicjował przebudowę zamku w stylu pallazzo in fortezza, który został otoczony ziemno-murowanymi fortyfikacjami bastionowymi na planie gwiazdy. Realizatorami tego zamierzenia byli Maciej Trapola i Krzysztof Mieroszewski. Zamek nie uległ najazdom szwedzkim, jednak wielkie szkody wyrządził pożar, który wybuchł w 1688r. Ówczesny właściciel, Stanisław Herakliusz Lubomirski, marszałek koronny powierzył odbudowę Tylmanowi z Gameren. W tym czasie wieże otrzymały barokowe hełmy. Żona Lubomirskiego, Elżbieta z Czartoryskich zwana Izabelą przyczyniła się do przekształcenia zamku w założenie pałacowo-parkowe dorównujące europejskim standardom. Do jej dyspozycji byli artyści tacy jak Jan Christian Kamsetzer i Christian Piotr Aigner.

Zamek w Łańcucie

Dekoracja Mostu Zachodniego, Zamek w Łańcucie

Dzień 5.

Będąc w Przemyślu obowiązkowo (!) trzeba wybrać się do Krasiczyna, który znajduje się w odległości zaledwie 10 km od miasta. Tamtejszy zespół zamkowo-parkowy od razu skradł nasze serca, a jeśli chodzi o mnie to znajduje się na liście miejsc, do których chciałabym wrócić. Z całego założenia tchnie cudowny ład, wyważenie i harmonia. Zamek wybudowany został na przełomie XVI i XVII wieku i jest perłą architektury renesansowo-manierystycznej. Budowa zainicjowana prze kasztelana przemyskiego, Stanisława Krasickiego została ukończona za jego syna, Marcina Krasickiego, znanego mecenasa sztuki. Choć nie zastaniemy tam wspaniałych wnętrz takich jak na Zamku w Łańcucie (historia boleśnie dotknęła tę posiadłość i trwają prace mające na celu przywrócenie jej dawnego blasku) to Krasiczyn ma równie wiele do zaoferowania. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na dekorację ścienną w technice sgraffito wykonaną z dużym rozmachem, bo zajmującą według szacunków aż 7000 m2 . Polega ona na nakładaniu na ścianę różnych kolorów tynków i późniejszym zeskrobywaniu warstw. Odkryte warstwy tworzą wzór bądź rysunek. W przypadku krasiczyńskiego zamku są to medaliony z popiersiami cesarzy, wizerunki królów polskich oraz sceny łowieckie i biblijne. Ciekawostką jest, że nadając kształt attykom wieńczącym baszty Papieską i Szlachecką wzorowano się na koronach papieża Klemensa VIII i króla Zygmunta III Wazy.

Zamek w Krasiczynie

Dekoracja ścienna Zamku w Krasiczynie (sgraffito)

Sgraffito, Zamek w Krasiczynie

Zwiedzanie zamku odbyłyśmy z przewodnikiem, panem Markiem Susem i bardzo nam się to oprowadzanie podobało. Trzeba zaznaczyć, że to przewodnik sercem związany z tym miejscem, który w sposób wielce wciągający i barwny przekazuje historię krasiczyńskiego zamku. W krypcie wysłuchałyśmy o losach rodu Sapiehów, późniejszych właścicieli, byłyśmy w kaplicy znajdującej się w Baszcie Boskiej i oglądałyśmy ornaty z 2 poł. XVIII w. wykonane w technice perełkowej.

Kapa żałobna, 2 poł. XVIII w., manufaktura hrabiny Ludwiki z Mniszchów Potockiej, Zamek w Krasiczynie

Fragment czarnego ornatu z wyobrażeniem Matki Bożej z duszami czyśćcowymi, 2 poł. XVIII w., manufaktura hrabiny Ludwiki z Mniszchów Potockiej, Zamek w Krasiczynie

Okazały park okalający zamek stanowią różne gatunki drzew i roślin, w tym również egzotyczne. Sapiehowie, którzy wiele podróżowali z każdej wyprawy przywozili sadzonki. Z całego spektrum dendrologicznego na uwagę zasługuje sprowadzony z Chin miłorząb dwuklapowy o liściach rozkładających się wachlarzowato. Jest to drzewo liściaste nagozalążkowe, co jest fenomenem, gdyż drzewa liściaste w przeciwieństwie do iglastych są okrytozalążkowe. Kolejnym gatunkiem wartym wyróżnienia jest cis jagodowy, który  jest jedną z pierwszych roślin objętych ochroną prawną w Polsce i na świecie, a to za sprawą zakazu wydanego przez Władysława Jagiełłę w tzw. Statutach Wareckich. Omawiając walory krasiczyńskiego parku należy wspomnieć o pięknej tradycji kultywowanej przez ród Sapiehów, polegającej na sadzeniu dębu w przypadku narodzin syna i lipy w przypadku córki. Przed każdym takim drzewem ulokowana jest tabliczka z imieniem. Napisy czasem są na wpół zatarte, nadgryzione zębem czasu, ale w samych drzewach dalej tętnią soki życia.

Dąb posadzony z okazji narodzin Jana z Sapiehów dn. 21 lipca 1855 r., Zamek w Krasiczynie

Widok na Basztę Szlachecką, Zamek w Krasiczynie

Fragment Baszty Królewskiej, Zamek w Krasiczynie

Do Przemyśla wróciłyśmy późnym popołudniem. Tego dnia chciałyśmy jeszcze zobaczyć cmentarz żydowski, największy w województwie podkarpackim.  O godzinie, o której dotarłyśmy na miejsce kirkut powinien być już od godziny zamknięty, ale zgodnie z przeczuciem B. ktoś zapomniał zamknąć furtę. Im bardziej zagłębiałyśmy się w teren cmentarza tym bardziej mroczna sceneria się stawała. Gąszcz powykręcanych drzew i rzędy macew wystających z ziemi pod różnymi kątami, pokryte mchem i bluszczem. O tej porze, gdy powoli się zmierzchało robiło to niesamowite wrażenie. Gdy już zbierałyśmy się do wyjścia, tak dla odmiany spełniło się przeczucie K. – byłyśmy zamknięte na cmentarzu. Całe szczęście, mur był tylko trochę wyższy od nas, tak że dało się na niego bez większych problemów wdrapać i przeskoczyć na drugą stronę 😛

Cmentarz żydowski w Przemyślu

Macewa, kirkut w Przemyślu

Cmentarz żydowski, Przemyśl

Nie myślałyśmy jednak od razu wracać do domu. Jako, że już niewielka odległość dzieliła nas od Kopca Tatarskiego i złe warunki pogodowe popsuły nam poprzednim razem szyki, postanowiłyśmy obejrzeć stamtąd zachód słońca. I było warto. W mojej ocenie był to najbardziej udany dzień z całego pobytu 🙂

Zachód słońca obserwowany z Kopca Tatarskiego

Widok z Kopca Tatarskiego

Dzień 6.

Mimo wielkich chęci nie udało nam się pojechać do Sanoka, jak początkowo planowałyśmy. Własny środek transportu to rzecz nieoceniona w takich wypadkach. Tak więc rano poszłyśmy tylko do Muzeum Ziemi Przemyskiej i zaczęło się powolne przygotowywanie do powrotu następnego dnia. Kupowanie biletów, prowiantu, pakowanie… Pod wieczór krótki wypad do Absyntu, spotkanie ze znajomymi B. i należało potulnie iść spać, aby pobudka w środku nocy, była choć trochę mniej bolesna..

Wyjazd do Przemyśla na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci i z sentymentem będzie wspominany przez wzgląd, iż był to pierwszy wspólny wypad Łowców Sosrębów. Mamy nadzieję, że przed nami jeszcze wiele podróży (w których MysteryVeil będzie już uczestniczyć), a zakładka Venimus et vidimus szybko zapełni się kolejnymi relacjami 🙂

I na samiuteńki koniec – sosrębowo! Kamienica przy ul. Kasprowicza 15 w Przemyślu.

Wejście do kamienicy przy ul. Kasprowicza 15 w Przemyślu

Kamienica przy ul. Kasprowicza 15, Przemyśl

kgiz

Łowcy Sosrębów w podróży – Przemyśl i okolice

Pierwszy wspólny wypad Łowców Sosrębów w nieco uszczuplonym składzie (MysteryVeil zmogła choroba) odbył się w połowie sierpnia. Padło na Przemyśl, rodzinne miasto B., przez które przepływa – jak to poetycko jest określane – „błękitna wstęga Sanu”.  Tak więc 13 sierpnia skoro świt wyruszyłyśmy na południowy-wschód zdobyć najstarsze miasto Podkarpacia, będące równocześnie jednym z najstarszych miast Polski. Po szesnastu godzinach podróży pociągiem (co jest całkiem niezłym wynikiem, zważywszy na fakt, że PKP oferuje także możliwość aż pięciokrotnej przesiadki 😉 ) stanęłyśmy przed niedawno gruntownie odremontowanym budynkiem przemyskiego dworca. Nie trudno się domyślić, że po przyjeździe do mieszkania oraz zjedzeniu resztek prowiantu, jaki się ostał, posłusznie i bez protestów padłyśmy w objęcia Morfeusza.

Dzień 1.

Pobudka wcześnie rano, w końcu plan miałyśmy napięty, jednak nasz zapał został prędko ostudzony pogodą wyzierającą zza okna. Przemyśl powitał nas dość „ozięble”. Było chłodno, pochmurno, a deszcz lał się z nieba strumieniami – istny przedsmak jesiennych klimatów. Jednak Łowcy Sosrębów nie poddają się tak łatwo i uzbrojone w parasole oraz przeciwdeszczowe kurtki wyruszyłyśmy na tzw. starówkę.

Pierwsza na liście w drodze na stare miasto była cerkiew Matki Bożej Bolesnej należąca do zakonu OO. Bazylianów. Wybudowana została w latach 1933-35 i wchodzi w skład obecnego klasztoru, którego początku sięgają 1913 r. Pierwotny wystrój świątyni zniszczony został podczas adaptacji na potrzeby Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Przemyślu, które zajęło obiekt po II wojnie światowej. Aktualnie o wystroju wnętrza głównie stanowią kamienny ikonostas oraz bizantyjskie malowidła w stylu ukraińskim.

Cerkiew pw. Matki Bożej Bolesnej OO. Bazylianów w Przemyślu (w tle Kościół Salezjanów pw. św. Józefa)

Po przekroczeniu Sanu mostem Orląt Przemyskich, znalazłyśmy się na starym mieście, gdzie zaczynała się właściwa część zwiedzania. Naszym celem była bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Jana Chrzciciela, górująca nad rynkiem na wzgórzu przy placu Katedralnym. Świątynia stanowi przykład zespolenia dwóch styli architektonicznych: prezbiterium wraz z przyporami pozostało utrzymane w pierwotnym gotyckiej formie, natomiast pozostała część otrzymała nowy, barokowy wygląd w wyniku przebudowy zainicjowanej w 1724 r. przez Aleksandra Antoniego Fredrę. Z całego spektrum wyposażenia na uwagę zasługuje alabastrowa rzeźba przedstawiająca Matkę Boską zasiadającą na tronie z Dzieciątkiem na ręku. Figura zwana Matką Bożą Jackową uznana została za „cudowną” w 1760r. przez biskupa Wacława Sierakowskiego. Geneza nazwy odnosi się do legendy, z którą cudowny wizerunek jest kojarzony. Legenda traktuje o św. Jacku Odrowążu, który w 1240 r. uchodził z płonącego Kijowa w ucieczce przed Tatarami. Zanim opuścił miasto zabrał ze sobą statuę Matki Boskiej i monstrancję, aby nie trafiły do rąk nieprzyjaciela. Legenda ta posiada dwa alternatywne zakończenia. Jedno z nich mówi, że zakonnik zostawił cudowną figurę w Przemyślu, w założonym prze siebie konwencie, skąd została przeniesiona do przemyskiej katedry w 1786 r. Drugie zakończenie traktuje o pozostawieniu statuy we Lwowie, skąd trafia do bazyliki OO. dominikanów w Krakowie. Tak więc mamy dwa odrębne wizerunki Matki Bożej Jackowej kojarzone z tą samą legendą. Który właściwie? To już pozostaje w sferze domysłów.

Bazylika Archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Jana Chrzciciela w Przemyślu

Matka Boża Jackowa z przemyskiej bazyliki

Niewątpliwą zaletą dla zwiedzających w Przemyślu jest to, że wszystkie najważniejsze kościoły skupione są niemal w jednym miejscu. Tak więc niewielkie odległości dzieliły nas od katedry grekokatolickiej św. Jana Chrzciciela, kościoła karmelitów bosych pw. św. Teresy z Avila i kościoła franciszkanów pw. św. Marii Magdaleny. U karmelitów naszą uwagę skupiły sklepienia zdobione dekoracją stiukową w typie kalisko-lubelskim. Zdobienia te są bardzo charakterystyczne przez wzgląd na nietypowe kształty, jakie przybierają. Mogą to być formy przypominające gwiazdy, kwiaty, a nawet serca. Interesująca była także barokowa ambona w kształcie Łodzi Piotrowej z wizerunkami św. Piotra i Pawła pochodząca z 2. poł. XVIII wieku. W kościele franciszkanów natomiast zwraca uwagę malarstwo iluzjonistyczne wykorzystujące naturalne wypukłości sklepień. Nie jest to malarstwo mogące dorównać włoskim wzorcom, jednak stanowi istotny aspekt dekoracji architektonicznej. Ważnym elementem wyposażenia jest także cudowny obraz Matki Bożej Niepokalanej znajdujący się na ołtarzu. Choć pochodzenie i czas powstania wizerunku nie są jasne, jest to rzadkie w przedstawieniach ikonograficznych Immaculaty (Niepokalanie Poczętej) ukazanie z Dzieciątkiem na rękach.

Sobór św. Jana Chrzciciela w Przemyślu

Stiukowa dekoracja sklepienia w typie kalisko-lubelskim w kościele karmelitów w Przemyślu

Kościół Franciszkanów pw. św. Marii Magdaleny w Przemyślu

Malarstwo iluzjonistyczne na sklepieniu kościoła franciszkanów w Przemyślu

Cudowny obraz Najświętszej Marii Panny Niepokalanie Poczętej z kościoła franciszkanów w Przemyślu

Na zakończenie pierwszego dnia pobytu, korzystając z faktu, że siąpiący deszcz sprzyja zwiedzaniu wnętrz, udałyśmy się do Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Gmach główny muzeum zdecydowanie wyróżnia się na tle otaczających go zabytkowych zabudowań. Jest to przykład nowoczesnej architektury próbującej wpisać się w panoramę Przemyśla i nadać miastu bardziej współczesne oblicze. Do tej pory budynek wzbudza wiele emocji, wywołując głosy sprzeciwu, jak i zadowolenia. B. stwierdziła, że swoją konstrukcją przypomina bunkier i ciężko nie przyznać temu racji.

Do gmachu głównego muzeum narodowego na pewno warto się wybrać, żeby zobaczyć dość bogaty zbiór sztuki cerkiewnej, należący do repertuaru wystaw stałych, a tam: carskie wrota, pektoraliki, ikony, ornaty itp.

Dzień 2.

Następnego dnia pogoda okazała się nieco łaskawsza. Co prawda nadal było ponuro i pochmurnie, ale co najważniejsze, nie padało i wreszcie można było powyciągać aparaty. Tym razem chciałyśmy zacząć od wdrapania się na Wzgórze Zamkowe i zobaczenia Zamku Kazimierzowskiego (po drodze oczywiście obowiązkowe zdjęcie z dobrym wojakiem Szwejkiem 😀 ). Zamek pierwotnie wybudowany w stylu gotyckim przez Kazimierza Wielkiego w 1340 r., został przebudowany w latach 1514-1553 w stylu renesansowym przez starostę przemyskiego Piotra Kmitę Sobieńskiego. Pozostałością po czasach kazimierzowskich jest ostrołukowa brama wjazdowa, która jest obecnie ukryta w głębi półkoliście zakończonego portalu. Na terenie założenia zamkowego znajdują się odkryte fragmenty fundamentów romańskiej rotundy i palatium. Trwające prace modernizacyjne nie pozwoliły nam wejść do środka, tak więc po obejściu założenia dookoła ruszyłyśmy w dalszą drogę.

Zamek Kazimierzowski w Przemyślu

Kolejny na liście zwiedzania był Kopiec Tatarski, najwyższy punkt widokowy, skąd rozciąga się panorama na miasto i jak hen wzrokiem sięgnąć okolice. Postanowiłyśmy się tam „przespacerować” i trzeba przyznać, że spacer to był ekstremalny. Zaczęło się niewinnie, ot łagodne wzniesienia i spadki terenu na obszarze parku zamkowego, jednak od Wzgórza Trzech Krzyży zaczęła się wspinaczka stromo w górę wzdłuż wyciągu narciarskiego. Podmokły grunt nie ułatwiał sprawy, tak więc lekko zdyszane, z podwójną podeszwą na butach z błota, stanęłyśmy na szczycie. Podobno kopiec był miejscem kultu pogańskiego boga Swarożyca, gdzie później chrześcijanie wznieśli kapliczkę św. Leonarda. Geneza powstania kopca nie jest jasna. Jedna z legend mówi, że jest to mogiła tatarskiego chana, który zginął w bitwie pod Przemyślem, druga natomiast odnosi się do mitycznego założyciela miasta, księcia lechickiego Przemysława-Lestka, umiejscawiając tam jego kurhan. Przy ładnej pogodzie, można stamtąd zobaczyć Ukrainę, nam się nie udało, mgła była zbyt gęsta, ale drugie podejście miało jeszcze nastąpić 🙂

Park Zamkowy w Przemyślu

Panorama z widokiem na San, Przemyśl

Dzień 3.

B. znalazła u siebie przewodnik multimedialny o Przemyślu. Z niego dowiedziałyśmy się o siostrze Florianie, kustosz Muzeum Archidiecezjalnego. Jak się okazało jest to już niemal legendarna postać, która swoim opowiadaniem podczas oprowadzania po salach ekspozycyjnych „nawet z najbardziej zblazowanych potrafi uczynić prawdziwych pasjonatów”. Siostry Floriany nie udało nam się spotkać, za to na brak eksponatów do podziwiana nie mogłyśmy narzekać – przede wszystkim sakralna sztuka średniowieczna i relikwiarze, czyli to, co lubimy najbardziej 😉

Następnie wspinaczka na wieżę bazylikalną. Ta wolnostojąca dzwonnica barokowa jest charakterystycznym i najbardziej rozpoznawalnym elementem przemyskiej panoramy. Szczególnie pięknie się prezentuje wieczorem, gdy jest podświetlona. Wybudowana została w latach 1759-64 z inicjatywy biskupa Wacława Hieronima Sierakowskiego. Jej budowę zakończono za sprawą kolejnego biskupa, Walentego Wężyka, który kazał umieścić w niej mechanizm zegarowy. Wieża jest kolejnym punktem widokowym, skąd można podziwiać panoramę dosłownie z perspektywy tarcz zegarowych. Widok nie tak spektakularny jak z Kopca Tatarskiego, ale i tak warto pokonać tych 266 schodów.

– Proszę wpisać się do księgi odwiedzin.

– Jasne! 16.08.2012. Łowcy sosrębów. Ilość osób: 3

Widok z dzwonnicy katedralnej w Przemyślu

Dzwonnica katedralna w Przemyślu

Na tym przerwę relacjonowanie, pozostawiając kolejne 3 dni pobytu na następny raz, aby wpis nie był zbyt obszerny i żmudny w odbiorze (wierzę, że jeśli ktoś dotarł do tych słów to jest to –  jak to się potocznie mówi – zjadliwe :D). Nota zdominowana przez Przemyśl, kolejna będzie głównie dotyczyć wspomnianych w tytule okolic, czyli pojawi się Łańcut i Krasiczyn. Do następnego!

kgiz