Viri illustres

Neun Gute Helden, ratusz w Kolonii, XIV w.

Szukałam ostatnio w sieci dodatkowych informacji na temat motywu Viri Illustres, czyli Sławnych Mężów, jednak szybko okazało się, że po kilku linijkach temat właściwie się wyczerpał. Nie można tak tego zostawić, dlatego powstał ten wpis. Fajnie tak sobie uzupełniać internety ^^’

Motyw ten jest ważny (głównie dlatego, że pisze o nim magisterkę ^^, ale też) dla sztuki – jego klasyczna wersja pojawia się często w dziełach renesansowych i barokowych, a średniowieczna odmiana była szalenie popularna w swojej epoce. Oprócz dekoracji przedmiotów codziennego użytku był bardzo ważnym elementem wymowy ideologicznej ratuszy miejskich i sal sądowych. Ponieważ ciężko omawiać ten motyw bez obszernych studiów konkretnych przypadków skupimy się na jego pochodzeniu i rozwoju.

Hendrik Goltzius, Marek Kurcjusz, Rzymscy Bohaterowie, 1586.

Aby mówić o motywie Viri Illustres, potrzebny jest ów tytułowy Sławny Mąż, czyli, ogólniej mówiąc – bohater. Bohaterów jednak mitologie, dzieła literackie i historia stworzyły wielu, nie każdy z nich zaś został sławnym mężem. Jak zatem rozpoznać czy mamy do czynienia z właściwym bohaterem? Istniały specjalne spisy sławnych mężów, w dziełach literackich czy plastycznych zestawiano ich w cykle i galerie. W Italii korzystano, rzecz jasna, z bohaterów antycznych (Uomini Famosi); na północ od Alp wciągano na listy także postacie z Biblii oraz legend (Nine Worthies, Neuf Preux). Owe cykle i galerie mogły być jednak szybko poszerzane o dowolne postacie i często rozrastały się do długich list. Z czasem oprócz klasycznych polityków, wojskowych, twórców czy innych zasłużonych postaci zaczęto dodawać również ważne osobistości z historii najnowszej.

Inną, i najważniejszą, cechą, która pozwoli nam na zidentyfikowanie sławnego męża jest kontekst w jakim został przedstawiony – musi on mieć wymowę moralizującą. Sławni mężowie byli bowiem używani jako exempla – mieli być przykładami właściwych postaw i cnót i  swoją historią zachęcać społeczeństwo do określonych, pożądanych zachowań (najczęściej związanych z patriotyzmem).

Izaak van den Blocke, Sala Czerwona ratusza Głównego Miasta w Gdańsku, 1606-1608, przykład zastosowania sławnych mężów w dekoracji municypalnej.

Augsburg, Goldener Saal, 1615-24.

Podsumowując – viri illustres to bohaterowie z zamierzchłej historii (antycznej, biblijnej lub, rzadziej, z legend), którzy wsławili się godnymi zapamiętania czynami, które mogą przysłużyć się przyszłym pokoleniom i być dla nich wzorem. Bohaterowie mogą występować pojedynczo lub być łączeni w cykle. Sposób ich połączenia (określone postacie lub wybrane historie) sugeruje cechy i cnoty, które są w ten sposób przedstawiane i pożądane w naśladowaniu przez innych (np Brutus i Katon Młodszy – walka o wartości republikańskie, Mucjusz Scaewola i Attyliusz Regulus – oddanie ojczyźnie ponad wszystko).

Philip Galle, Mucius Scaevola, XVI w.

Określenie to znane było już w starożytnej Grecji i Rzymie, często jednak odnosiło się do sławnych osobistości czasów ówczesnych (np. filozofowie czy pisarze), okrzepło nieco w średniowieczu, aby ukonkretyzować się i stać się właściwym motywem w czasach renesansu. Początki pojęcia można zapewne łączyć z początkami narodzin idei bohatera, ale jest to stwierdzenie dość ogólne. Klasyczny motyw sławnych mężów miał swoje źródło w literaturze antycznej. W jego wykształceniu pomogły mowy – to w nich greccy autorzy zaczęli wplatać elementy moralizatorstwa i wprowadzili pojęcie dobra i zła jako czynniki oceny zachowań. Nie bez znaczenia były też dzieła historyczne  – od czasów Herodota i jego cyklicznego rozwoju historii, którego siłą napędową były czyny ludzkie, zaczęto zwracać uwagę na wybitne jednostki i ich wybitne czyny, jako wzór zachęcający  innych do działań.

Jak to bywało w starożytności, Grecy ustawili podwaliny, jednak ostatnie słowo należało do Rzymian. Pierwsze spisy sławnych postaci z prawdziwego darzenia zawdzięczamy czwórce znajomych z I w pne – Warronowi, Attykusowi, Cyceronowi i Korneliuszowi Neposowi. Attykus właściwie nie napisał nic epokowego w tym temacie, ale pozostała trójka uważała go za inspirację własnych dzieł. Cyceron stworzył listy sławnych mówców, co także nie było szczególnym osiągnięciem, jednak badacze z jakiś względów uznali jego prace za ważne w rozwoju tematu. Być może dlatego, że to Cyceron 😛 . Warron był autorem dzieła o tytule Hebdomades sive Imagines. Niezachowane Hebdomady zawierały biografie siedmiuset wybitnych postaci Greków i Rzymian przedstawionych w siedmiu kategoriach (królowie i wodzowie, mężowie stanu, poeci, prozaicy, naukowcy, artyści i przedstawiciele innych dziedzin). Każdy biogram zawierał portret z epigramem i tekstem prozaicznym, który wychwalał przedstawioną osobistość. Nepos stworzył De viris illustribus (zachowana tylko jednak księga i fragmenty), w których przedstawiał osiągnięcia opisywanych przez siebie postaci, zestawiał je i porównywał, dodając do tego element moralizatorski (ważne!). Nepos bazował na dziełach wcześniejszych, jednak nigdzie wcześniej nie użyto wyrażenia de viris illustribus czym ewidentnie się wsławił ^^.

Od czasów przetarcia szlaków przez ową czwórkę rzymian nastąpił prawdziwy wysyp kompilacji żywotów sławnych mężów – powstały De Viris Illustribus Pliniusza Młodszego, Vitae i Mulierum Virtute Plutarcha, De Viris Illustribus i De Vitis Caesarum Swetoniusza.  Korzystano także z dzieł historyków np. z nieśmiertelnego Ad urbe condita Liwiusza czy kultowych Facta et dicta Waleriusza Maksymusa. Dlaczego tyle tu o literaturze? Ano dlatego, że wszystkie późniejsze realizacje tematu w sztuce były oparte właśnie na tych dziełach antycznych.

Andrea del Castagno, Pippo Spano, Cykl Sławnych Mężów, Villa Carducci ok. 1450.

Domenico Ghirlandaio, Brutus, Muciusz Scaewola i Kamillus, Sala dei Gigli, 1482-84.

Domenico Campagnola i Stefano Dall’Arzere, Sala dei Giganti, Padwa, 1539-40.

Starożytni bohaterowie nigdy zupełnie nie odeszli w niepamięć, zmienił się jednak powód ich admiracji – rzymska virtus uważająca poświęcenie dla ojczyzny za najwyższe dobro ustąpiła w średniowieczu miejsca typowo rycerskim standardom – bohaterstwu, władzy i przygodzie. Średniowiecze stworzyło własny odpowiednik viri illustresDziewięciu Dobrych Bohaterów, zwanych też Neuf Preux i The Nine Worthies. Analogicznie do nich w końcu XIV w. stworzono Dziewięć Dobrych Bohaterek. Były to, zgodnie z zamiłowaniem umysłu średniowiecznego do symboliki i liczb, trzy triady, z których każda reprezentowała inną kategorię postaci. Bohaterowie rozpoczęli swoją karierę od utworu Vouex du Paon napisanego ok. 1310 r. przez Jacquesa de Longuyon. Ich kanon ustalił Hans Burgkmair w zbiorze drzeworytów Osiemnaście cnót (w końcu coś o sztuce, co nie? ^^’) Dobrzy bohaterowie:  bohaterowie pogańscy – Hektor, Aleksander Wielki i Juliusz Cezar; bohaterowie starotestamentowi – Dawid, Jozue i Juda Machabeusz; bohaterowie chrześcijańscy – Król Artur, Karol Wielki i Godfrey de Buillon. Dobre bohaterki: pogańskie heroiny – Lukrecja, Weturia i Wirginia, starotestamentowe – Estera, Judyta i Jael, a chrześcijańskie – Helena, Brygida i Elżbieta.

Hans Burgkmair, Drei heidnische Helden: Hektor, Alexander und Cäsar, 1519.

Hans Burgkmair, Drei Guten Gaidin: Lucretia, Veturia, Virginia.

Pentesilea, Petit armorial équestre de la Toison d’or, fol. 248, 1460-70.

Semiramida, De mulieribus claris, Boccacio, BNF, Français 599, Folio 5v, XV-XVI w.

Maestro Castello della Manta, Dziewięciu Dobrych Bohaterów i Dziewięć Dobrych Bohaterek, Castello della Manta, ok. 1420.

Fascynacja tematem sławnych mężów przeżyła druga młodość w czasach renesansu. W Italii pisali o nich np. Giovanni Gollona, Guglielmo Pastrengo, Petrarka, Boccacio; każde z dzieł nosiło wielce oryginalny tytuł De viris illustribus 😉 (no, ewentualnie Boccacia De casibus virorum illustrim oraz De claribus mulieribus – pierwszy osobny zbiór sławnych kobiet). Literatura późniejsza nie stworzyła już właściwie żadnego dzieła o tym schemacie, ale sławni mężowie pojawiali się w prawie każdym poważniejszym traktacie o tematyce moralno-politycznej jako ilustracja postaw i zachowań np. Virtutum et vitiorum exempla Guillaume’a Perault, De ethica Bartholomeusa Keckermanna.

Literatura:

Christiane L. Joost-Gaugier, The Early Beginnings of the Notion of „Uomini Famosi” and the „De viris Illustribus” in Greco-Roman Literary Tradition [w:] „Artibus et Historiae”, Vol. 3, No. 6 (1982)

Theodor E. Momsen, Petrarch and the Decoration of the Sala Virorum Illustrium in Padua [w:] „The Art Bulletin”, vol. 34, no. 2 (Jun. 1952)

James J. Rorimer, Margaret B. Freeman, The Nine Heroes Tapestries at the Cloisters [w:] „The Metropolitan Museum of Art Bulletin”, May 1949

Horst Shroeder, Der topos der Nine Worthies in Literatur und bildender Kunst (Göttingen) 1971

k.

Emblemata

Wiele, oj wiele czasu minęło od ostatniego wpisu. Jednakże ostatni semestr i sesja były tak intensywne, że kiedy pewnego dnia wstaliśmy rano i okazało się, że nie musimy nic robić długo nie mogliśmy powrócić do robienia czegokolwiek 😉 Teraz jednak, na półmetku wakacji, w ramach ostrożnej, eksperymentalnej rozgrzewki przed kolejnym semestrem oddajemy w wasze ręce ten oto wpis.

Ludzie już od dawien dawna wierzyli, że każdą rzecz i każde pojęcie da się wyrazić nie tylko słowem, ale też znakiem czy obrazem. Szybko okazało się, że rządzi nami szczególne upodobanie do zestawiania pojęć i obrazów przejawiające się najpierw w herbach i zawołaniach a potem w różnorodnych godłach, symbolach i alegoriach. Jedną z związanych z tym rzeczy, które zrobiły międzynarodową karierę były emblematy.

Emblemat to kompozycja literacko-obrazowa posługująca się przedstawieniem danego przedmiotu w celu wyrażenia pojęcia, idei lub czynności. Miał on przedstawiać idee moralizatorskie, religijne lub polityczne, szybko okazało się jednak, że ma o wiele więcej zastosowań i można wyodrębnić więcej grup tematycznych np. emblemata sacra, phisica, historica et mithologica, heroica, moralia czy amatori. Kluczem było zestawianie przedmiotów w zagadkowy (na pierwszy rzut oka) sposób, co zmuszało odbiorcę do wysiłku intelektualnego. Emblemat składa się z trzech częścihasła (lemma / motto), rysunku (ikon / pictura / imago) i wierszowanego wyjaśnienia (najczęściej w epigramacie). Emblematy były znane od starożytności ale największą popularnością cieszyły się, jak nietrudno zgadnąć, w renesansie i baroku. A wszystko zaczęło się w roku 1531, kiedy to wydano dzieło Emblematum liber, którego autorem był Andrea Alciato (Alciati) (kolejne wydania – 1534 Emblematum libellus i 1546 Emblemata). To właśnie od tytułu jego prac wziął swoja nazwę cały gatunek. Dzieła Alciatiego były wciąż wznawiane, jak grzyby po deszczu powstawały też kolejne zbiory emblematów np. Le Théâtre des Bons Engins Guillaume’a de La Perrière czy Book of Emblems George’a Wither. Na gruncie polskim emblematami zajmowali sie m. in. Mikołaj Rej – Źwierzyniec, Fredro – Peristromata Regum, Morsztyn – Emblemata, Lubomirski – Adverbium moralium sive de virtute et fortuna libellus W okresie swojego największego rozwoju emblematyka była  uważana wręcz za naukę. Przyczyniła się do wzbogacenia wielu dziedzin sztuki od teatru po malarstwo.

Andrea Alcatio, Emblematum liber, 1531.

Bracia de Bry, Emblemata Saecularia, 1592.

Peter Is(s)elburg, XVIII w.

Francisco Pona, Cardiomorphoseos sive ex corde desumpta emblemata sacra, 1645.

image2326

Emblematy ze stalli w katedrze pelplińskiej, XVII w.

Emblematyka, ikonologia i hieroglifika. Pojęciami pokrewnymi do emblematyki są ikonologia i hieroglifika, nie należy ich jednak ze sobą mieszać. Tak jak emblematyka także ikonologia miała swojego ojca – był nim Cesare Ripa, spod którego pióra wyszła Iconologia. Ona również dała nazwę gatunkowi, była dziełem kompletnym – tylko ją wznawiano, nie naśladowano. Ikonologia, w odróżnieniu od emblematyki dobiera znaki do pojęć i posługuje się tylko obrazami ludzi tworząc alegorie. Emblematyka natomiast dobiera znaki do konkretnych osób lub ogólnych pojęć posługując się obrazami przedmiotów, zwierząt i roślin (pojawiają się także ludzie, jednak ich rola jest zmarginalizowana). Emblemat jest kompletnie sztucznym tworem, którego wygląd i treść zależy tylko od układającego i może być ciągle zmieniana. Hieroglifika wyrosła na bazie popularności hieroglifów, które stały się modne po odnalezieniu w XV w. późnoantycznego dzieła Hieroglyphica przypisywanemu Horapollinowi. Traktaty hieroglificzne były swoistymi słownikami symboli, w zamyśle tłumaczącymi autentyczne egipskie znaki, przemieszanymi jednak z symboliką średniowieczną, biblijną, alchemiczną i z czymkolwiek metafizycznym co wpadło autorowi do głowy 😉 Najbardziej znane dzieło tego gatunku popełnił Piero Valeriano i nosiło ono tytuł Hieroglyphica sive de sacris Aegyptiorum litteris commentari.

Cesare Ripa, Amicitia, Iconologia, 1603.

Daniel Heinsius, emblemat, 1601.

Georgette de Montenay, Emblematum christianorum centuria / Cent emblemes chrestiennes, 1584.

k.

 

Literatura:

W. Tatarkiewicz, Estetyka nowożytna, Wrocław 1967

Emblemat [w:] Słownik literatury staropolskiej, red. T. Michałowskiej, Wrocław 1998

Emblemat [w:[ Słownik terminologiczny sztuk pięknych, red. S. Kozakiewicz, Warszawa 1969

Łowcy we Wrocławiu

W zasadzie wypad ten nie był sosrębową inicjatywą – jechaliśmy z naszym kołem  naukowym na ogólnopolską sesję SHSu o przemianach w sztuce średniowiecza – ale w wyjeździe tym brała udział cała nasza ekipa, zatem czujemy się usprawiedliwieni tym wpisem;)

We Wrocławiu spędziliśmy cztery dni. Cztery BARDZO intensywne dni. Próbowaliśmy karkołomnie połączyć obecność na wykładach z godzinami otwarcia muzeów, co koniec końców się udało (nie zawsze udało się tylko z dniami bezpłatnych wejść, ale jeśli macie więcej czasu da się tak odwiedzić w zasadzie wszystkie placówki), jakkolwiek kościoły musieliśmy zwiedzać już po zmroku.

Portal Ołbiński, kościół św. Marii Magdaleny)

Portal Ołbiński, kościół św. Marii Magdaleny.

Sztuka śląska zdecydowanie przypadła nam do gustu – Wrocław oferuje ogromne zbiory sztuki średniowiecznej. Nie mogliśmy napatrzeć się na późnogotyckie detale architektoniczne, szczególnie na pyszniące się astwerkami i żabkami portale w Ratuszu (przy czym słowo „pyszniące” jest tu jak najbardziej na miejscu) i bogato rozczłonkowane bryły kościołów. Absolutnym hitem okazała się sztuka romańska, której w naszych okolicach jest jak na lekarstwo – np. Prorok z Biestrzykowa, tympanon z kościoła św. Wincentego na Ołbinie (oba w MN) i portal ołbiński przeniesiony do katedry św. Marii Magdaleny. Zaskoczyły nas „przyklejone” do zewnętrznych ścian kościołów późnogotyckie i wczesnonowożytne kamienne epitafia.

Polichromia (Ratusz); epitafium z precelkami (XVI w.) (MArchit.); karty do gry (XVI w.) (MHist.).

Polichromia (Ratusz); epitafium z precelkami (XVI w.) (MArchit.); karty do gry (XVI w.) (MHist.).

Jeśli ktoś gustuje w sztuce późniejszej także ma co we Wrocławiu zwiedzać – budynek Ossolineum, barokowa Aula Leopoldina, secesyjne kamienice przy rynku, Hala Stulecia to tylko niektóre atrakcje.

Aula Leopoldina (XVIII w.) (MUniw.)

Aula Leopoldina (XVIII w.) (MUniw.)

Dużo czasu spędziliśmy w muzeach i o nich możemy powiedzieć najwięcej. Z kilku oddziałów Muzeum Miejskiego najbardziej przypadły nam do gustu Muzeum Historyczne w Pałacu Królewskim oraz Muzeum Sztuki Cmentarnej. Pierwsze z nich ma do zaoferowania, oprócz malarstwa i pokaźnych zbiorów rzemiosła artystycznego, także zaaranżowane wnętrza pałacowe. Dodatkowo atrakcją jest już sam Pałac. Z dotarciem do Muzeum Sztuki Cmentarnej, czyli Starego Cmentarza Żydowskiego mieliśmy pewne problemy (zapewne wynikało to z naszej nieznajomości miasta, ale kiepskie oznaczenia też nie pomagały, miejcie zatem oczy szeroko otwarte) jednak samo miejsce wynagrodziło wszystkie trudy. Muzeum Archeologiczne posiada całkiem zgrabne zbiory broni i biżuterii (szkoda tylko, że zbyt często można natknąć się na tabliczkę z napisem „kopia”) natomiast połączone z nim Muzeum Militariów można sobie spokojnie darować (chyba, że jesteście entuzjastami broni z okresu obu wojen światowych i późnych szabli).

Grobowiec w Muzeum Sztuki Cmentarnej.

Grobowiec w Muzeum Sztuki Cmentarnej (XIX w.).

Muzeum Architektury (jedyne w kraju) warto odwiedzić ze względu na relikty architektury romańskiej (wyeksponowane w całkiem ciekawy sposób) oraz gotyckie detale. Sporą część wystawy zajmują obiekty związane z wyposażeniem wnętrz – kafle, witraże a nawet urocza kolekcja klamek i zamków do drzwi, na podstawie której można prześledzić ewolucję tych obiektów 🙂 (przyznajemy, że większą cześć ekspozycji poświęconą architekturze współczesnej ominęliśmy). Plusem tej placówki jest jej siedziba – gotyckie wnętrza dawnego klasztoru bernardynów oraz to, że czynne jest nawet do 19 ^-^. Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego potraktowaliśmy bardziej jako ciekawostkę, ale jesteśmy pod wrażeniem jego nowoczesności (poza tym mają naprawdę ładne bilety ^-^).

Fragment polichromii w Muzeum Archritektury; korona ze Skarbu średzkiego (XIV); manuskrypt stworzony stopą (XVI)

Fragment polichromii (MArchrit.); korona ze Skarbu średzkiego (XIV w.) (MN); manuskrypt stworzony stopą (XVI w.) (MN).

Jedyne co bardzo nas we Wrocławiu rozczarowało to Muzeum Archidiecezjalne (mające, na marginesie, bardzo ciekawe zbiory) – żeby zobaczyć Madonnę Cranacha trzeba dopłacić, etykiety z podpisami to zwykłe wydrukowane kartki przyklejone na taśmę do ściany (z poprawkami długopisem), praktycznie wszyscy autorzy dzieł pozostali niezidentyfikowani. Obowiązkowy pokój papieski zrozumieliśmy, ale ławki do modlitwy w sali ekspozycyjnej kompletnie nas zaskoczyły. Wszystko to zbladło jednak, kiedy z głośników ryknął głos zakazujący robienia zdjęć (jesteśmy historykami sztuki a nie wiemy jak się zachować – tego właśnie się dowiedzieliśmy). Dość obcesowo potraktował nas też pan oprowadzający akurat wycieczkę, zwracając nam uwagę na to, że torby powinny zostać w szatni. Na swoją obronę dodamy, że informacji na temat powyższych zakazów nie otrzymaliśmy, a naklejka z zakazem fotografowania (umieszczona dopiero w którejś z sal) mówiła bardziej o zakazie używania flesza. Nie chciałabym być w skórze złodzieja złapanego tam na gorącym uczynku 🙂

Przyjazne aparaty w MN.

Przyjazne aparaty w Muzeum Narodowym.

O ile inne było odwiedzone zaraz po nim Muzeum Narodowe. Z miejsca podbiło nasze serca przyjaznym dla zwiedzających klimatem (chociaż czasami układ sal grozi dezorientacją). Zbiory sztuki śląskiej i europejskiej są solidne i interesujące, muzeum oferuje także pokaźną kolekcję współczesnej sztuki polskiej. Wprawne oko wyłapie tu mnóstwo niezwykłych okazów, np. portret z mechanizmem poruszającym oczami (XVII w.) czy manuskrypt stworzony stopami przez kalekiego skrybę (XVII w.), mieliśmy też okazję obejrzeć Skarb ze Środy Śląskiej.

Bartholomeus Strobel Mł,, Portret Johanna Vogta (1628) (MN); szafa (XV w.) (MN); epitafium (XVI w.) (MHist.).

Bartholomeus Strobel Mł,, Portret Johanna Vogta (1628) (MN); szafa (XV w.) (MN); epitafium (XVI w.) (MHist.).

Czas spędzony we Wrocławiu zaowocował także, całkiem nieoczekiwanie, licznymi sosrębowymi zdobyczami.

Klamra od pasa; jabłko na piżmo, Michael Scholtz (1685); anioł ze stall kościoła klasztornego Cystersów w Lubiążu,Mathias Steinl (1681 - 1696).

Rozetkowe motywy – klamra od pasa (MArcheo.); Michael Scholtz, jabłko na piżmo (1685) (MN); Mathias Steinl, anioł ze stall kościoła klasztornego Cystersów w Lubiążu (1681-1696) (MN).

P1260904-vert

Polichromie na drewnie (XV i XVI w.) (MHist. i MArchit.)

Nie zabrakło z nami Franka 😉

DSC_0276-horz

Franek pozdrawia z MN.

k.

Łowcy na szlaku – zamek w Krasiczynie

Jak może niektórzy z was pamiętają, ubiegłoroczne wakacje spędziliśmy w okolicach Przemyśla. Nie wiem jak to się stało, ale nie było dotąd wpisu o największej niespodziance tamtego wyjazdu – zamku w Krasiczynie! Pozwolicie zatem, że nadrobimy zaległości ^^’

Zamek w Krasiczynie, XVI-XVII w.

Nazwa obiektu pochodzi od nazwiska inicjatora budowy zamku – Stanisława Krasickiegokasztelana przemyskiego, który zaczął wznosić go w końcu  XVI wieku. Jego obecny wygląd, mniej już surowy, jest dziełem Marcina Krasickiego, ważnego mecenasa sztuki, który zajął się jego rozbudową w pierwszej połowie XVII w. Zamek wzniesiony został na planie czworoboku, w narożach znajdują się cztery baszty – Boska, Papieska, Królewska i Szlachecka. Południowa i zachodnia strona zamku to mury kurtynowe zwieńczonymi attyką, północna i wschodnia to część mieszkalna. W skrzydle zachodnim znajduje się dawne wejście główne i  wieża Zegarową (szkoda, że nie zachowało swojej funkcji do dziś, wejść do zamku przez most, to było by coś). Wnętrze dziedzińca otaczają krużganki. 

Zamek w Krasiczynie – plan.

Dziedziniec.

Baszta Boska.

Baszta Szlachecka.

Zamek w Krasiczynie

Niestety zamek nie może pochwalić się równie wspaniałymi wnętrzami – zwyczajnie ich nie ma. O ile budowla dzielnie zniosła różnorakie przeciwności losu spowodowane procesem toczenia się Historii, to skapitulowała pod naporem żołnierzy rosyjskich, którzy rozgościli się w zamku w czasie najazdów w XVIII w. oraz na początku II wojny światowej. Właścicielem Krasiczyna w czasie wojny był  książę Leon Sapieha. Sapiehowie przewidująco opracowali plan ewakuacji swojego majątku, jednak wobec błyskawicznego rozwoju wydarzeń zmuszeni byli zostawić zdecydowaną większość rzeczy na miejscu. Zachował się jedynie, zamurowany w naprędce, gabinet. Zrekonstruowano kaplicę zamkową znajdującą się w baszcie Boskiej (jakkolwiek niektóre detale budzą zdumienie, mamy nadzieję, że mają na to źródła ikonograficzne ^^’). Zwiedzać można także kryptę rodową, która także została odnowiona współcześnie (żołnierze nie oszczędzili nawet jej)

Kaplica w baszcie Boskiej.

Kaplica w baszcie Boskiej.

To co w sporej mierze wpływa na klasę zamku to jego detal – rzeźbione portale, loggie, arkady i dekoracja wykonana techniką sgrafitto. Technika ta polega na naniesieniu na siebie warstw barwionego tynku i wydrapanie w warstwie wierzchniej wzoru, który  odkrywa warstwę spodnią. Krasiczyńskie sgrafitta są unikalne – pokrywały powierzchnię ok. 7000 m2 (odtworzono ok. połowę z nich). Dekoracje owe przedstawiają sceny biblijne i myśliwskie oraz medaliony z popiersiami cesarzy i wizerunki polskich królów.

Dekoracja ścienna Zamku w Krasiczynie (sgraffito)

Sgraffito.

Sgraffito, Zamek w Krasiczynie

Sgraffito (lambada! ^^’).

Zamek otacza zespół parkowy z kolekcją roślin, których sadzonki przywozili Sapiehowie ze swoich  licznych podróży. Znajdują się tu także drzewa posadzone na pamiątkę narodzin dzieci – lipa dla córki, dąb dla syna. (Jeśli znajdziecie miłorząb, obejdźcie o kilka razy dookoła myśląc życzenie. Ponoć się sprawdzają ^^)

Widok na Basztę Szlachecką, Zamek w Krasiczynie

Zamek w Krasiczynie naprawdę nas zaskoczył. Siedząc na dziedzińcu pod błękitnym, bezchmurnym niebem poczuliśmy się przez chwilę jak w Italii. A to wszak perełka naszej, polskiej, architektury. Mieliśmy też szczęście trafić na dobrego przewodnika, który opowiadał z  przejęciem o losach zamku. Trwają starania, aby sprowadzić w jego mury te nieliczne zachowane obiekty.

Fragment Baszty Królewskiej, Zamek w Krasiczynie

k.

Boże Narodzenie

Łowcy Sosrębów życzą wszystkim wesołych świąt Bożego Narodzenia:)

Mozaika z Capella Palatina w Palermo, ok. 1150.

Kapitel z Saint-Pierre, Chauvigny, XII w.

Codex Bruchsal, ok. 1220.

Conrad von Soest, ołtarz z kościoła św. Mikołaja, 1403.

Rogier van der Weyden, Tryptyk Bladelina, 1445-50.

Geertgen tot Sint Jans, Narodziny, 1490.

Sandro Botticelli, Pokłon Trzech Króli, ok. 1475.

Angelo Bronzino, Pokłon pasterzy, 1539-40.

Herman Han, Pokłon Pasterzy, 1618.

Georges de La Tour, Pokłon pasterzy, ok. 1645.

Charles Le Brun, Pokłon pasterzy, 1689.

Jean-Baptiste Marie Pierre, Narodziny, 2 poł. XVIII w.

Paul Gauguin, Dzieciątko, 1896.

Łowcy Sosrębów w podróży: Przemyśl i okolice – relacji ciąg dalszy

Wpis ten stanowi kontynuację sprawozdania z podróży na południowy-wschód Polski, który odbyłyśmy w połowie sierpnia. Pierwsze trzy dni pobytu opisane są tutaj. Tych, którzy trafili tu z przypadku, gorąco zachęcam do zapoznania się z pierwszą częścią wpisu. Tyle tytułem wstępu, zapraszam do lektury 🙂

Dzień 4.

Pobyt Łowców Sosrębów w Przemyślu dobiegał półmetka. Pogoda z każdym dniem stawała się coraz ładniejsza, korzystnie wpływając na nasze samopoczucie. Tego dnia zaplanowałyśmy zwiedzanie zamku w Łańcucie.

Podróż do Łańcuta pociągiem z Przemyśla zajmuje około półtorej godziny. Od dworca do łańcuckiego zamku jest kawałek drogi, jednak jest to przyjemna trasa z interesującą zabudową.  Przy ul. Grunwaldzkiej natykamy się na willę z 1901 r. wybudowaną przez Stanisława Cetnarskiego. Zgodnie z przedwojennym zwyczajem opatrzona została indywidualną nazwą, mającą podkreślić charakter tego miejsce, a także stanowić pewnego rodzaju zaklęcie, czy też dobrą wróżbę dla jej mieszkańców – Zacisze. Zwyczaj ten rozpowszechnił się pod koniec XIX w. i był praktykowany aż do wybuchu II wojny światowej. Nazwy były eksponowane w widocznych miejscach na fasadzie oraz często zestawiane z datą powstania. Najliczniejszą grupę stanowiły nazwy pochodzące od imion właścicieli (głównie żeńskich), ale zdarzały się także nawiązania do fauny i flory lub postaci mitologicznych. Wiele zależało od kreatywności mieszkańców. Z przykładami nadawania rezydencjom imion możemy zetknąć się zwłaszcza w nadbałtyckich kurortach (Międzyzdroje, Sopot, Krynica Morska), w uzdrowiskach (Nałęczów, Rabka-Zdrój, Szczawnica), a także w dawnych miejscowościach letniskowych pod Warszawą (Konstancin, Milanówek, Otwock). Praktyka ta miała uzasadnienie w trochę innym niż obecnie pojmowaniem domostwa i przypisywania mu znaczenia. Dawniej posiadłość traktowana była bardziej w kategoriach ogniska domowego, a pomiędzy nią a mieszkańcami wytwarzała się silna, emocjonalna więź (więcej na ten temat można poczytać w „Spotkaniach z zabytkami”, w marcowo-kwietniowym numerze z tego roku).

Willa „Zacisze” z 1901 r., Łańcut

A teraz parę słów o samym zamku 🙂

Zamek w Łańcucie został wybudowany na wzniesieniu zwanym Łysą Górą. Teren ten wraz z przyległymi włościami Kazimierz Wielki nadał w 1349 r. wojewodzie sandomierskiemu Ottonowi Pileckiemu. Wzniósł on niewielki zameczek obronny otoczony fosami i wałami. W 2 poł. XVI wieku na południe od wspomnianego zamku postawiono wieżę strażniczą, która de facto stała się zalążkiem rozbudowy zwiastującej powstanie nowego zamku stojącego po dziś dzień. Ostatni z rodu Pileckich, Krzysztof zapisał dobra łańcuckie swojej żonie Annie Sienieńskiej, ta jednak w wyniku długów zmuszona była oddać je w ręce Stanisława Stadnickiego zwanego przez wzgląd na swoje awanturnicze usposobienie „Diabłem”. Na początku XVII wieku wieża strażnicza została rozbudowana do dworu obronnego, a zamek spalony w wyniku międzysąsiedzkich zatargów przez starostę leżajskiego, Łukasza Opalińskiego. Synowie Stadnickiego nie podjęli się trudu odbudowy starego zamku, zbudowali za to nową warownię, która została przyłączona do dworu. Całemu założeniu nadano kształt podkowy. Stadniccy byli panami na zamku do 1629r., kiedy to przeszedł on we własność Stanisława Lubomirskiego, wojewody ruskiego i krakowskiego. Lubomirski zainicjował przebudowę zamku w stylu pallazzo in fortezza, który został otoczony ziemno-murowanymi fortyfikacjami bastionowymi na planie gwiazdy. Realizatorami tego zamierzenia byli Maciej Trapola i Krzysztof Mieroszewski. Zamek nie uległ najazdom szwedzkim, jednak wielkie szkody wyrządził pożar, który wybuchł w 1688r. Ówczesny właściciel, Stanisław Herakliusz Lubomirski, marszałek koronny powierzył odbudowę Tylmanowi z Gameren. W tym czasie wieże otrzymały barokowe hełmy. Żona Lubomirskiego, Elżbieta z Czartoryskich zwana Izabelą przyczyniła się do przekształcenia zamku w założenie pałacowo-parkowe dorównujące europejskim standardom. Do jej dyspozycji byli artyści tacy jak Jan Christian Kamsetzer i Christian Piotr Aigner.

Zamek w Łańcucie

Dekoracja Mostu Zachodniego, Zamek w Łańcucie

Dzień 5.

Będąc w Przemyślu obowiązkowo (!) trzeba wybrać się do Krasiczyna, który znajduje się w odległości zaledwie 10 km od miasta. Tamtejszy zespół zamkowo-parkowy od razu skradł nasze serca, a jeśli chodzi o mnie to znajduje się na liście miejsc, do których chciałabym wrócić. Z całego założenia tchnie cudowny ład, wyważenie i harmonia. Zamek wybudowany został na przełomie XVI i XVII wieku i jest perłą architektury renesansowo-manierystycznej. Budowa zainicjowana prze kasztelana przemyskiego, Stanisława Krasickiego została ukończona za jego syna, Marcina Krasickiego, znanego mecenasa sztuki. Choć nie zastaniemy tam wspaniałych wnętrz takich jak na Zamku w Łańcucie (historia boleśnie dotknęła tę posiadłość i trwają prace mające na celu przywrócenie jej dawnego blasku) to Krasiczyn ma równie wiele do zaoferowania. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na dekorację ścienną w technice sgraffito wykonaną z dużym rozmachem, bo zajmującą według szacunków aż 7000 m2 . Polega ona na nakładaniu na ścianę różnych kolorów tynków i późniejszym zeskrobywaniu warstw. Odkryte warstwy tworzą wzór bądź rysunek. W przypadku krasiczyńskiego zamku są to medaliony z popiersiami cesarzy, wizerunki królów polskich oraz sceny łowieckie i biblijne. Ciekawostką jest, że nadając kształt attykom wieńczącym baszty Papieską i Szlachecką wzorowano się na koronach papieża Klemensa VIII i króla Zygmunta III Wazy.

Zamek w Krasiczynie

Dekoracja ścienna Zamku w Krasiczynie (sgraffito)

Sgraffito, Zamek w Krasiczynie

Zwiedzanie zamku odbyłyśmy z przewodnikiem, panem Markiem Susem i bardzo nam się to oprowadzanie podobało. Trzeba zaznaczyć, że to przewodnik sercem związany z tym miejscem, który w sposób wielce wciągający i barwny przekazuje historię krasiczyńskiego zamku. W krypcie wysłuchałyśmy o losach rodu Sapiehów, późniejszych właścicieli, byłyśmy w kaplicy znajdującej się w Baszcie Boskiej i oglądałyśmy ornaty z 2 poł. XVIII w. wykonane w technice perełkowej.

Kapa żałobna, 2 poł. XVIII w., manufaktura hrabiny Ludwiki z Mniszchów Potockiej, Zamek w Krasiczynie

Fragment czarnego ornatu z wyobrażeniem Matki Bożej z duszami czyśćcowymi, 2 poł. XVIII w., manufaktura hrabiny Ludwiki z Mniszchów Potockiej, Zamek w Krasiczynie

Okazały park okalający zamek stanowią różne gatunki drzew i roślin, w tym również egzotyczne. Sapiehowie, którzy wiele podróżowali z każdej wyprawy przywozili sadzonki. Z całego spektrum dendrologicznego na uwagę zasługuje sprowadzony z Chin miłorząb dwuklapowy o liściach rozkładających się wachlarzowato. Jest to drzewo liściaste nagozalążkowe, co jest fenomenem, gdyż drzewa liściaste w przeciwieństwie do iglastych są okrytozalążkowe. Kolejnym gatunkiem wartym wyróżnienia jest cis jagodowy, który  jest jedną z pierwszych roślin objętych ochroną prawną w Polsce i na świecie, a to za sprawą zakazu wydanego przez Władysława Jagiełłę w tzw. Statutach Wareckich. Omawiając walory krasiczyńskiego parku należy wspomnieć o pięknej tradycji kultywowanej przez ród Sapiehów, polegającej na sadzeniu dębu w przypadku narodzin syna i lipy w przypadku córki. Przed każdym takim drzewem ulokowana jest tabliczka z imieniem. Napisy czasem są na wpół zatarte, nadgryzione zębem czasu, ale w samych drzewach dalej tętnią soki życia.

Dąb posadzony z okazji narodzin Jana z Sapiehów dn. 21 lipca 1855 r., Zamek w Krasiczynie

Widok na Basztę Szlachecką, Zamek w Krasiczynie

Fragment Baszty Królewskiej, Zamek w Krasiczynie

Do Przemyśla wróciłyśmy późnym popołudniem. Tego dnia chciałyśmy jeszcze zobaczyć cmentarz żydowski, największy w województwie podkarpackim.  O godzinie, o której dotarłyśmy na miejsce kirkut powinien być już od godziny zamknięty, ale zgodnie z przeczuciem B. ktoś zapomniał zamknąć furtę. Im bardziej zagłębiałyśmy się w teren cmentarza tym bardziej mroczna sceneria się stawała. Gąszcz powykręcanych drzew i rzędy macew wystających z ziemi pod różnymi kątami, pokryte mchem i bluszczem. O tej porze, gdy powoli się zmierzchało robiło to niesamowite wrażenie. Gdy już zbierałyśmy się do wyjścia, tak dla odmiany spełniło się przeczucie K. – byłyśmy zamknięte na cmentarzu. Całe szczęście, mur był tylko trochę wyższy od nas, tak że dało się na niego bez większych problemów wdrapać i przeskoczyć na drugą stronę 😛

Cmentarz żydowski w Przemyślu

Macewa, kirkut w Przemyślu

Cmentarz żydowski, Przemyśl

Nie myślałyśmy jednak od razu wracać do domu. Jako, że już niewielka odległość dzieliła nas od Kopca Tatarskiego i złe warunki pogodowe popsuły nam poprzednim razem szyki, postanowiłyśmy obejrzeć stamtąd zachód słońca. I było warto. W mojej ocenie był to najbardziej udany dzień z całego pobytu 🙂

Zachód słońca obserwowany z Kopca Tatarskiego

Widok z Kopca Tatarskiego

Dzień 6.

Mimo wielkich chęci nie udało nam się pojechać do Sanoka, jak początkowo planowałyśmy. Własny środek transportu to rzecz nieoceniona w takich wypadkach. Tak więc rano poszłyśmy tylko do Muzeum Ziemi Przemyskiej i zaczęło się powolne przygotowywanie do powrotu następnego dnia. Kupowanie biletów, prowiantu, pakowanie… Pod wieczór krótki wypad do Absyntu, spotkanie ze znajomymi B. i należało potulnie iść spać, aby pobudka w środku nocy, była choć trochę mniej bolesna..

Wyjazd do Przemyśla na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci i z sentymentem będzie wspominany przez wzgląd, iż był to pierwszy wspólny wypad Łowców Sosrębów. Mamy nadzieję, że przed nami jeszcze wiele podróży (w których MysteryVeil będzie już uczestniczyć), a zakładka Venimus et vidimus szybko zapełni się kolejnymi relacjami 🙂

I na samiuteńki koniec – sosrębowo! Kamienica przy ul. Kasprowicza 15 w Przemyślu.

Wejście do kamienicy przy ul. Kasprowicza 15 w Przemyślu

Kamienica przy ul. Kasprowicza 15, Przemyśl

kgiz